O autorze
Jako stowarzyszenie działamy od 2004 roku. Zajmujemy się kwestią stosunku człowieka do reszty zwierząt. Promujemy ideę praw zwierząt i sposób życia dążący do minimalizacji własnego udziału w krzywdzącym wykorzystywaniu zwierząt: weganizm. Prowadzimy wykłady i prezentacje, uczestniczymy w zmianie prawa, organizujemy pokazy filmów i gotowania, akcje uliczne. Zajmujemy się publicystyką i tłumaczeniami, opracowujemy raporty. Komentujemy wydarzenia związane ze zwierzętami w mediach. Drukujemy i dystrybuujemy materiały dotyczące praw zwierząt. Patronujemy przedsięwzięciom przyjaznym zwierzętom. Jesteśmy na Facebooku: https://www.facebook.com/EmpatiaPL

Rzeźnia nr 5

Czułam rosnące obrzydzenie. Nie samą obecnością zwłok, ale tym, co z nimi robiono. Byłam zdumiona. Nie tym, na co zdobyli się młodzi ludzie, ale jak uczono ich, że być „profesjonalnym” oznacza tolerować poniżanie. To była sesja modowa w rzeźni w odcinku polskiej edycji programu telewizyjnego Top Model.

Prowadzący program stwierdzili, że taką właśnie scenerię wybrano, by stanąć w obronie zwierząt. Mnie jednak prawa zwierząt kojarzą się z szacunkiem. Ale może szacunek nie należy się po śmierci? Zastanówmy się więc – analogicznie - czy prawa człowieka kończą się wraz ze zgonem, po którym można człowieka wypchać, zjeść, zrobić z jego skóry dywanik pod łóżko, a z zakonserwowanej dłoni popielniczkę?



Nawet gdybyśmy uznali, że skoro zwierzę już nie żyje to należy uniknąć marnotrawstwa i przerobić zwłoki na jedzenie i ubranie, to zapominamy o jednym: marnotrawstwo zdarzyło się już o cały krok wcześniej – wtedy, gdy odebrano zwierzęciu życie. Zróbmy jeszcze jeden krok wstecz. Ferma, obcinane ogony, kastracja prosiąt bez znieczulenia. I jeszcze wcześniej – uwięzienie ciężarnej świni w stalowych prętach klatki, którą ktoś z chorym poczuciem humoru nazwał kojcem porodowym.

Bohater powieści Kurta Vonneguta pt. „Rzeźnia nr 5”, przeżywając traumę po II Wojnie Światowej, zdobył umiejętność podróży w czasie – w przód i w tył po linii swojego życia. Pewnego razu ogląda w domu film wojenny tak jakby nagranie puszczano od końca do początku. Film staje się surrealistyczny. Wojskowe samoloty w locie wysysają pociski z rannych ludzi i uszkodzonych budynków. Martwi wstają, rannym w mgnieniu oka zabliźniają się rany, oderwane nogi łączą się z tułowiem, a tynk i cegły wracają na swoje miejsce w ścianach domów. Samoloty lecąc tyłem wracają do bazy, potem są przewożone do fabryk, gdzie maszyny i robotnicy pracowicie rozkładają je na części pierwsze.

Cofnijmy się na fermie o kolejny krok. Świnia została sztucznie zapłodniona. Zrobił to inseminator, który za pomocą cewnika wprowadził nasienie do dróg rodnych zwierzęcia. A wcześniej? Świnia była prosięciem pijącym mleko matki, która mogła tylko leżeć, wstać i znowu się położyć. Zakleszczona w kojcu porodowym nie miała możliwości troszczyć się o swoje dzieci.

Dlaczego świnie znalazły się w kojcach, a ich dzieci sprzedaje się na mięso lub zamienia w kolejne, zakute w dyby matki? Dlatego, że ktoś pewnego dnia stwierdził, że na tym zarobi, albo dlatego, że nauczył się tego od własnych rodziców. Dlaczego rolnicy, rzeźnicy, wędliniarze zaczęli zarabiać na krzywdzie zwierząt? Czy kierował nimi sadyzm? To mało prawdopodobne. Robią po prostu to, co przyjęło się robić, choć od wielu lat nauka potwierdza możliwość zdrowego życia ludzi na diecie roślinnej. Myślą to, co przyjęło się myśleć o niektórych zwierzętach, choć biologia ewolucyjna i etologia poznawcza pokazują nam, że zwierzęta, które masowo krzywdzimy mają zdolność do czucia, myślenia i cierpienia.

Krzywda kur, świń i krów jest legalna i opłaca się, bo jest też najwyraźniej pożądana przez konsumentów. A może się mylę? Może – przeciwnie do bohatera „Rzeźni nr 5” – konsumenci nie mają po prostu w zwyczaju cofania taśmy i przyglądania się drodze mięsa na tackę czy mleka do kartonu. Nie wybiegają też myślą w przód i nie zastanawiają się, co mogłoby się stać, gdyby masowo zaczęli odbierać kasjerom pieniądze, które właśnie wręczyli im ze swoich portfeli, gdyby mięso, mleko i jajka, które z przyzwyczajenia wybrali, włożyli z powrotem do wózka i odwieźli na półkę. Gdyby po paru takich nawykowych potknięciach w końcu nauczyli się nowych nawyków – wkładania do wózka w sklepie produktów roślinnych, zbierania wegańskich przepisów i robienia wegańskich dań.

Widowisko, jakim była sesja z płatami mięśni, tłuszczu i kości nakładanymi na uczestników programu zaskoczonych choreografią z wypatroszonych zwierzęcych zwłok wiszących na hakach, to widowisko nie miało nic wspólnego z deklarowaną przez prowadzących obroną praw zwierząt. Co więcej, było to pogwałcenie praw człowieka do bycia traktowanym z godnością i szacunkiem.

Nie tylko użyto zwłoki niepotrzebnie zabitych zwierząt ale też wykorzystano młodych ludzi, którzy zgłosili się do konkursu na modela/modelkę wiedząc, że rezygnacja z sesji oznacza wykluczenie z programu. Młodzi zostali potraktowani przedmiotowo: ich zaskoczenie, łzy, obrzydzenie i poniżenie razem ze zwłokami zwierząt złożyły się na sensacyjność odcinka, wpłynęły – na pewno dodatnio – na oglądalność. Wciśnięto im do gardła, prawie dosłownie, że akceptacja upokorzenia i posłuszeństwo wobec szyderczych poleceń to oznaka profesjonalizmu.

Gdzie w tym wszystkim prawa zwierząt? W napisach „chcę żyć” czy „don’t kill” n podkoszulkach prowadzących program? Wolne żarty. Odczytuję je raczej jako „chcę żyć … na bogato, więc posuwam się do robienia takich rzeczy” i „don’t kill … me – to nie ja układałam scenariusz tego odcinka”.

Na stronie internetowej programu, pod video z sesją w rzeźni można zagłosować w sondzie odpowiadając na pytanie „Kto wyszedł najlepiej na zdjęciu sesji z mięsem?”. W ten sposób zwierzęta zniknęły z horyzontu na dobre. Została mięsno-krwawo-horrorystyczna sensacja. Gdzie będzie następna sesja? Może w gnojówce? Albo, żeby już zwierzętom dać spokój, w kostnicy szpitala? Na pewno widzowie ochoczo to obejrzą. Zrobi się kolejną sondę. A młodzi ludzie przekażą kiedyś dalej tę cenną lekcję „profesjonalizmu”. I "praw zwierząt".

Katarzyna Biernacka
Trwa ładowanie komentarzy...