Opisana właśnie historia o krowie dającej mleko to science fiction. Trochę science, w większości fiction. Książeczki dla dzieci z taką treścią naprawdę istnieją. I faktycznie wielu z nas wierzy w to co tam o krowach napisano i nigdy tego później nie sprawdza. Rolnicy wcale nie kryją jaka jest prawda. Trzeba jej jednak poszukać w nieco innych lekturach. Z pomocą przyjdzie „Chów bydła mlecznego” pod redakcją Jana Szarka czy portal farmer.pl.
Fachowcy od chowu i hodowli bydła mlecznego opowiedzą nam o zacielaniu, ciążach, porodach, cielętach, mleczności, zapaleniu wymienia i brakowaniu krów. Zaczyna się od zapłodnienia – najczęściej sztucznego. Nie robi tego byk, lecz inseminator. To taki pan, rzadziej pani, który za pomocą specjalnych narzędzi wprowadza nasienie do dróg rodnych krowy. Materiał pochodzi z banku nasienia. Zapłodniona krowa po dziewięciomiesięcznej ciąży rodzi cielaka. Mleko pojawia się w wymionach w związku z urodzeniem krowiego dziecka, dlatego że krowa jest ssakiem tak jak kobieta, kotka, suka, klacz czy słonica. Zatem najwłaściwiej jest powiedzieć, że krowa matka ma mleko, bo urodziła swoje dziecko. Jeśli krowa mleko daje, to własnemu cielakowi. Nie zawsze ma jednak taką szansę.
Za pomocą działań hodowlanych, ludzie potrafią uzyskiwać drastyczne zmiany w wyglądzie zwierząt w obrębie jednego gatunku. Spójrzmy na psa, czyli gatunek Canis familiaris. Znajdziemy tu zarówno miniaturowe chihuahua jak i potężne mastiffy, nie tylko kudłate nowofundlandy ale i łyse grzywacze chińskie. Czy nasze poczynania to coś dobrego? To temat na osobny artykuł. Rzecz w tym, że potrafimy zmieniać anatomię zwierząt w zasadniczy sposób. Nie inaczej jest z krowami. W ich przypadku, hodowcom przyświeca jeden cel: więcej mleka! Dziś w Polsce laktacja krowy jest trzy razy większa niż sto lat temu. Większe też są wymiona. Rolnicy sprzedają więcej mleka z jedne krowy. Jej życie staje się bardziej opłacalne pod warunkiem, że produkuje założoną ilość mleka. Niestety nadprodukcja odbija się na zdrowiu zwierząt. Około 30-50 procent z nich choruje na zapalenie wymion. Objawami są obrzęk, zaczerwienienie, podwyższona temperatura i ból, nieraz dotkliwy. Z punktu widzenia hodowców nie cierpienie zwierząt jest problemem, lecz fakt, że z powodu zapalenia wymion krowa ma mniej mleka, a to, które wytworzy zawiera zwiększoną liczbę komórek somatycznych wytworzonych do walki z chorobą i takie mleko nie nadaje się do sprzedaży. Dlatego jeśli choroba się przedłuża lub nawraca, krowa jest sprzedawana do rzeźni. W żargonie technicznym nazywa się to „brakowaniem”. Krowa dziś jest, krowę jutro się brakuje.
Zaraz, zaraz. Zapłodnienie, ciąża, poród, laktacja i … cielę. Gdzie jest cielę? Tyle laktujących krów i jakoś ciężko o cielęta? Czy to ich brak na pastwisku lub w oborze utwierdzał nas w przekonaniu, że mleko leci z krowy tak jak deszcz z chmury? Możliwe. Jednak cielęta były, skoro było zapłodnienie, ciąża i poród i skoro jest laktacja – tak jak u innych ssaków, pamiętacie? Cielęta są albo płci męskiej albo żeńskiej. Te płci żeńskiej hoduje się z dala od matek na kolejne producentki mleka. Z dala, bo mleko jest na sprzedaż, a dla cieląt są preparaty mlekozastępcze. Natomiast małe byczki tuczy się przez parę miesięcy z dala od matek i zabija na cielęcinę. Tuczenie odbywa się w Polsce albo zagranicą. W pierwszej połowie 2013 roku Polska wysłała w długą podróż na tucz i rzeź ponad 100 tysięcy krowich dzieci. Krowy chcą opiekować się swoim potomstwem. Cielęta potrzebują swoich matek nie tylko ze względu na mleko. Jednak tam, gdzie mleko jest produktem, na którym się zarabia, nie ma miejsca na sentymenty.
Krowa na mlecznej fermie jest traktowana jak wieloczynnościowa maszyna. Produkuje nie tylko mleko, ale i cielęcinę. Ale to nie wszystko. Po paru laktacjach, kiedy wydajność zwierzęcia spada, hodowca sprzedaje ją do rzeźni na wołowinę – najczęściej do burgerowych sieciówek, albo na karmę dla psów. A więc nie ma cmentarzy dla zasłużonych krów, które po zasłużonej emeryturze umarły śmiercią naturalną otoczone wianuszkiem potomstwa? Ano nie ma.
Kojarzycie reklamy mleka z uśmiechniętymi krowami? Producenci nabiału prześcigają się w marketingu, który do znudzenia powtarza nam mantrę o szczęśliwych krowach, wolontariuszkach na rzecz ludzkości, dobrych Samarytankach oddających nam swoją laktację i otrzymujących w zamian przyjaźń, opiekę i szacunek. Oglądając to science fiction, które wylewa się z telewizora i krzyczy do mnie z billboardów czuję się jakbym była w zwariowanej restauracji na końcu wszechświata, gdzie dowcipny autor szalonego scenariusza próbuje mi wmówić, że zwierzęta same pragną uczynić się daniem dnia. Nie dajcie się na to nabrać.
Katarzyna Biernacka
